• Wpisów:1432
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:85 dni temu
  • Licznik odwiedzin:67 831 / 2198 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Weźmiesz oddech, zaciśniesz zęby, nałożysz maskarę na rzęsy i pomalujesz usta szminką...



a później zostawisz cały makijaż na poduszce - rycząc w bezsenną noc. I co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Łez nie powstrzymasz, a ran na sercu nie zaleczysz wódką.
 

 
"If crazy is a place, then I hope they’ve got space for two
And I know it’s messed up but I can’t get enough of you
Don’t matter what we say
Don’t matter all the things we do
If crazy is a place, then I hope they’ve got space for two"







Wstajesz, oddychasz, marzysz, dążysz...

I ciągle stoisz w miejscu - pomimo wszystkich dobrych decyzji, które podjęłaś.

Boli?



To jest smak rozczarowania.



Chcesz stworzyć bezpieczną przystań, wiedzieć, że Twoja dłoń dla kogoś jest ostoją w huraganie życia. Twoje myśli krążą wokół domu - ciepłego, cichego, wypełnionego zaufaniem, uśmiechem, drobnymi gestami. Chcesz żeby On wracał do niego zmęczony po dyżurze, służbie czy całym dniu pracy. Chcesz widzieć jego zmęczenie i tulić Jego twarz w trudnych chwilach, chcesz też jego dotyku dłoni na swoim policzku, szyji, ramieniu, talii. Pragniesz wiedzieć, że jest obok, a ten dom to Wasze miejsce, port pośród wzburzonego oceanu, że dzielicie ze sobą każdą chwilę spędzoną pośród tych ścian. Mocnym przytuleniem i gorącym pocałunkiem chcesz być witana gdy przekraczasz próg.

A tu bum - nie masz komu gotować, nie masz powodu wstawać wcześniej żeby przygotować aromatyczną kawę, kanapki, nie masz chodzić w czyjej bluzie, ani w czyją ciepłą szyję wtulać nos żeby poczuć ten ukochany zapach.

















W burzy kłującej lodowymi drobinkami prosto w twarz nie widzisz żadnej nadzieji, idziesz naprzód - po pewną śmierć. I właściwie jest Ci juz wszystko jedno kiedy się wywrócisz i wylądujesz w jakiejś czarnej otchłani.
 

 
Czasem jest tak, że życie zaczyna Cię targać za włosy z całej siły i nie wiesz czy mu wypierdolić w ryj czy klęknąć i prosić o wybaczenie rzeczy niezawinionych...
 

 
Biorę głęboki oddech.
Rzucam się wprost w dół i szukam mojej energii do życia, może porządny wyrzut adrenaliny nada rozpęd tej nieskładnej polepionej z kawałków duszy...

Marzenia odstawiam na bok, biorę życie za rogi i staram się stworzyć nową lepszą wersję siebie.

Czas start. Tworzymy lepsze jutro.

 

 
...a później dziwimy się, że nie mamy prawdziwych przyjaciół a ludzie wkoło są zakłamani i nieszczerzy. Nauczyliśmy się funkcjonować w naszych wirtualnych życiach składających się ze zdjęć na snapie, fejsie, insta i w innych social mediach. Zamiast dotykać dłoni - dajemy lajki, zamiast głaskać po policzku - dajemy serduszka, zamiast całować piszemy komentarze typu "Kocham!".

Weź ważne osoby na pizzę lub kręgle i spróbuj przyjrzeć się tej paskudnej tendecji - mało prawdziwej rozmowy, śmiechu, dotyku, spojrzeń a tylko ciągłe gapienie w plastikowe pudełeczko srajfona albo szajsunga w celu: a to zrobienie zdjęcia żeby wstawić na fejsa czy innego wirtualnego kreatora super życia, a to nagrania filmiku lub zrobienia snapa żeby inni znajomi wiedzieli, że nie siedzimy w domu, a nasze życie jest niesamowicie ciekawe.

Zamiast korzystać z danego nam na spotkanie czasu tracimy go na przeglądanie internetu lub robienie innych durnych rzeczy w telefonie. Pozwalamy aby ten nieodwracalnie prący naprzód czas spierdolił nam między palcami zamiast wykorzystać go na 100% i stworzyć w głowie niesamowite wspomnienia chwil spędzonych z przyjaciółmi, które zostaną z nami i stworzą prawdziwą międzyludzką relację.

To co pomyślą o naszym Story na Snapie nasi znajomi nie ma najmniejszego znaczenia dla naszego i ich życia, a to czy porozmawiamy z którymś z naszych znajomych w realu może mieć ogromne znaczenie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Życie już nie będzie takie jakby mogło być...
 

 
'I want you forever
Even when we're not together...'

 

 
Jedyna ekstremalna rzecz jakiej Ci trzeba aby przejść metamorfozę to siła woli. Zaciskasz zęby, stawiasz cel - do stracenia 8 kilogramów.. I ruszasz od nowa w drogę, którą już raz przeżyłaś. Dieta, ćwiczenia, pozytywne myślenie i dużo dobrej muzyki. Zaciśnij pięści - przecież zawsze dajesz radę.
 

 

VII

Chłodna pościel pachnąca cytryną i miętą przyjęła zmęczone ciało miękko otulając je i unosząc myśli w świat sennych marzeń. Pokój rozświetlony promieniami porannego słońca mienił się zielonymi i pomarańczowymi iskierkami przebijającymi się ze szpary w nie zaciągniętych żaluzjach. Miała przed sobą około 4 godzin snu by zebrać siły na dzisiejsze spotkanie. Zanim się położyła zdjęła z półki czarne bardzo eleganckie szpilki i wyciągnęła z szafy kremowo-czarną sukienkę, torebka pod kolor szpilek znalazła swoje miejsce na fotelu przy sukience a biżuteria i dobór marynarki zostały do nadrobienia rano. Poranek był piękny i słoneczny, wśród snów przepływały wspomnienia sprzed kilku lat, imprezy, rozmowy po nocach, studia, przyjaźnie. Ten dzień miał być niczym aura przed huraganem.

* * *

O 8.30 dopijał kawę siedząc na zimnym blacie w kuchni. Miał przekrwione oczy i drżały mu ręce, na 10 miał umówione spotkanie z radą wydziału uniwersytetu, spodziewał się oferty pracy. Wyprasowana koszula i ciemny garnitur wisiały na wieszaku w łazience, wypastowane buty i najlepszy skórzany pasek czekały przy drzwiach. Flakonik perfum rozsiewał po sypialni szaro białe plamki od przesączającego się przez niego słonecznego światła. Szybki prysznic, gorąca woda podniosła itak już podniesione ze zmęczenia tętno. Spływające po ciele kropelki wody przyniosły na myśl dotyk opuszków jej palców przesuwających się po jego plecach gdy leżeli w jego łóżku rano po jednej z imprez i rozmawiali o życiu i planach jakie każde z nich miało na przyszłość.

O 9.30 szedł chodnikiem w stronę uniwersytetu rozmyślając nad wieczornym spotkaniem, kilka kliknięć w ekran telefonu i bilety do kina na 21.30 zostały zarezerwowane, a może jednak dalej lubi chodzić do kina...

* * *

Obudziła ją wibracja telefonu. Szybkie spojrzenie na zegarek, dopiero 9.50 więc to jeszcze nie budzik - odblokowanie ekranu dało szybką pobudkę. "Polubiłem chodzić do kina i łudzę się, że Ty dalej lubisz. Może wieczorem pójdziemy? " W pół obudzona szybko wklikała "Trzy lata w kinie nie byłam, ale dalej uwielbiam" i wysłała. Ma jeszcze 8 minut do wstania z łóżka więc szybko odłożyła telefon i zanurzyła się z półuśmiechem w miękką pościel. Materiał czarnych fig i topu kontrastował z jasną skórą. Wyglądała dziewczęco i niewinnie, dopiero godzinę później po ciepłej kąpieli, ubrana w kremowy komplet koronkowej bielizny siedząca przed wielkim lustrem zaczęła przypominać tego kim naprawdę jest - dorosłą, odważną, pewną siebie i stanowczą kobietę kontrolującą rozwój swojego biznesu. Przygotowana w pośpiechu sałatka smakowała niczym wykwintne danie, żołądek skurczony do granic możliwości z radością przyjmował kęsy świeżej zieleniny przegryzane bułką i popijane świeżo zaparzoną kawą. Myta w pośpiechu filiżanka trzasnęła o dno zlewu wypadając z trzęsących się dłoni. Była zdekoncentrowana, jej myśli fruwały wokół wspomnień jego bladoniebieskich oczu i jasnej skóry. Przecież dzisiaj miała ważne spotkanie, to nie jest czas na myślenie o pierdołach i zastanawianie się czy będą potrafili ze sobą jeszcze rozmawiać. Musiała się skupić na pracy, dziś miało być idealnie i bez żadnych kompromisów - kilkanaście pompek, kilkadziesiąt brzuszków i seria przysiadów doprowadziły do ładu rozbiegane myśli, od dawna wiedziała, że nic bardziej jej nie pomagało niż dawka wysiłku fizycznego. Zabrała się za suszenie włosów i układanie fryzury, była dopiero 12 a spotkanie ma na 14, Holendrzy mieli zostać odebrani przez ich taksówkarza o 13.20 z lotniska, ale skoro już jest właściwe gotowa sama mogłaby po nich podjechać skoro ma już lotnisko po drodze. Telefon do Mariusza czyli ich taksówkarza jeżdżącego swoją drogą furą po zagranicznych gości na lotnisko wniósł uśmiech na jej usta, jak zawsze zabawny i arogancki starszy pan poczuł się zawiedziony, że ona chce mu odebrać możliwość na uzyskanie dobrego napiwku. Kilka zdań pełnych żalu przekonało ją by odpuścić sobie trud odbierania zagraniczników z lotniska i jednak zostawić to w rękach Mariusza, który swoją otwartością, doskonałą angielszczyzną i cudowną gadaniną podczas jazdy potrafił w Warszawie i jej mieszkankach rozkochać nie jedno męskie serce. Swój pozytywny wpływ na takie spotkania miała też zawsze butelka drogiej whisky, którą zawsze miał w samochodzie na wypadek przewożenia jakichś "grubych ryb".

Ostatnie pociągnięcie matowej ciemno czerwonej szminki po ustach, perfumy, szpilki, marynarka w dłoń i jest gotowa do wyjścia. Ostatnie spojrzenie w lustro przy drzwiach upewnia ją co do idealności kreacji a także tego, że znów straciła kilogram lub dwa, ciężki tydzień zawsze musiał zrobić spustoszenie w wadze.
 

 
"Jesteśmy zbyt łatwopalni na ten świat, zbyt łatwopalni,
a ja się czuję zbyt nietykalny, znów nietykalny,
i może to mnie kiedyś zgubi,
ale nikt nie pada martwy w życiu po raz drugi..." Planet ANM
 

 

VI

Chcąc osłonić się od zimnych podmuchów wsiadła do samochodu nim zdążyła dopalić papierosa chociażby do połowy, niedopałek zgasiła butem pod drzwiami auta i zanurzyła się we wnętrzu pachnącym cytrynami, eukaliptusem i drzewem sandałowym. Uwielbiała ten zapach i zawsze kojarzył jej się z wolnością, którą czuła tylko siedząc za kółkiem swojej czarnej bestii. Kilka głębszych wdechów, odpalenie silnika, ustawienie piosenki na odtwarzaczu, wsteczny, łuk do tyłu. Jedynka, półsprzęgło i gaz w podłogę. Saab zerwał się niczym torpeda mknąc wśród szeregu zaparkowanych tirów, zwolnił dopiero przed zakrętem prowadzącym do ślimaka kilka łuków pod górkę i znów mknął na Warszawę. Kobieta siedząca za kierownicą poza 320 konnym zaprzęgiem kucy pod stopą miała też zdecydowaną dłoń do kierownicy i mnóstwo sprzecznych emocji w sobie. Dopiero przekraczając 210 km/h zorientowała się, że przestała kontrolować nacisk stopy na pedał gazu, delikatnie zwalniając zajęła prawy pas, załączyła tempomat na 180 km/h i swobodnie kontrolowała tor jazdy przełączając drugą ręką piosenki na odtwarzaczu. Żadna piosenka nie była adekwatna do jej nastroju, dopiero na piosence Lemon - Nice przystanęła i wygodnie rozparła się na fotelu kierowcy. Wybiła 4:10, widnokrąg oblewał się jasną łuną wschodzącego słońca, nad polami wzlatywały przed chwilą przebudzone ptaki. Strachy na wróble powiewały brezentowymi fatałaszkami, a niebo pokrywało się odcieniami żółci, różu, pomarańczu i złota.
Zapowiadał się przepiękny, słoneczny dzień. Po głowie biegały jej myśli odnośnie spotkania i kompletu stroju, który musi dobrać odpowiednio ponieważ to jedno z najważniejszych spotkań w tym kwartale i ma wyjść z niego z podpisanym kontraktem na czteroletnią współpracę. Holendrzy nie znoszą rocznych kontraktów, muszą mieć wieloletnią pewność, że nie zostaną na lodzie. Więc właśnie takie poczucie dostaną - papiery na czteroletni kontrakt i w przyszłości może nawet dziesięcioletnią współpracę leżą w aktówce pod krzesłem w jej mieszkaniu, sukienka, która mogłaby się nadać na to spotkanie prawdopodobnie wisi w szafie po lewej od drzwi do sypialni, szpilki stoją na trzeciej półce od dołu a torebka na wieszaku w salonie. Wszystko dopięte na ostatni guzik. W lodówce leżą półprodukty na sałatkę kupione wczoraj rano przez Amandę, która pytała czy po drodze do pracy coś kupić. Amanda była bardzo dobrą koleżanką, ale też wspaniałą gosposią, dzięki jej kontaktom w świecie biznesu dostała świetnie płatną pracę w najdroższym hotelu w Warszawie. Była wtedy 24 letnią matką samotnie wychowującą kilkunasto miesięczną córeczkę, miała pozostałości po ciąży w postaci cellulitu, ogromnych bioder i obwisłych piersi, po kilku miesiącach pracy w hotelu zrobiła kilka kursów hotelarskich i została kierownikiem zmiany hotelowej co za tym idzie podwyżkę i motywację do dalszego życia oraz perspektywy na przyszłość. Pozbyła się zbędnych kilogramów, nauczyła uśmiechać nawet gdy życie rzucało jej kłody pod nogi i przefarbowała swoje mysio-szaro-nijakie włosy na przepiękny kasztanowy kolor. A teraz poza pracą w hotelu wpada czasem do jej mieszkania, które dzięki niej pomimo nieregularnego sprzątania przez właścicielkę wygląda bajecznie i sprawia aurę ciepłego, otwartego i pełnego ludzi miejsca. Amanda zmienia ułożenie kwiatów, wietrzy pościel i robi zakupy, gdy wie, że przyjedzie do stolicy. Poza tym rozstawia w mieszkaniu flakoniki z ulubionym olejkami eterycznymi cedru, cytryny, mięty i pomarańczy. Po jej wizycie wiszą nowe, świeżo przyniesione z hotelowej pralni dwa białe szlafroki, na wypadek gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego i w mieszkaniu znalazłby się jakiś gość, który miałby w planach się wykąpać i zostać na noc, oraz kremowe ręczniki z chłonnego materiału pachnące czystością i świeżością. Na stole w salonie pojawia się czysta haftowana serweta z ozdobnymi brzegami, w lodówce kilka produktów do jedzenia zapakowanych hermetycznie a na blacie w kuchni karteczka "Wyśpij się i zadzwoń po spotkaniu". Parkując na nowoczesnym osiedlu na obrzeżach Warszawy machnęła ręką do przysypiającego w budce ochroniarza. Paweł z uśmiechem na ustach odmachał i otworzył bramę. Było już jasno, prawie wpół do szóstej, kolana strzeliły przy wysiadaniu z samochodu. Ptaki ćwierkały a niebo przeszywały ostre promienie słońca. Wysiadając z samochodu zgarnęła szpilki i kurtkę, wzięła laptopa i torebkę oraz telefon z uchwytu na szybie. Odpinając ładowarkę od telefonu i chowając ją do schowka zauważyła błyszczący przedmiot przy siedzeniu pasażera. To spinka od koszuli Andreu, którą zgubił gdy odwoziła go ostatnio na bilarda, martwił się wtedy, że zgubił prezent od ojca. Wstukała szybko smsa w ekran telefonu i skierowała się do klatki czteropiętrowego bloku. Wchodząc do windy usłyszała kroki na schodach i szuranie psich pazurów, machnęła ręką, zamykające się drzwi od windy cofnęły się a ona wyszła spowrotem na klatkę schodową. Gwizdnęła przeciągle a skrobanie pazurów gwałtownie przyspieszyło, po czym usłyszała skamlenie i zobaczyła ogromnego rozpędzonego goldena retrievera zeskakującego ze chodów wprost pod jej nogi. Ogon poruszał się w takt najszybszej możliwej piosenki manifestując szczęście Bruna, z góry dobiegł głos sąsiada nawołującego psa do siebie. Ale Bruno nie mógł się oderwać od swojej najukochańszej towarzyszki długich spacerów i dzikich zabaw na osiedlowych trawnikach. Tulił się do jej nóg niczym dziecko do matczynej spódnicy. Chwila pieszczot z psiakiem, przywitanie z sąsiadem, który często użyczał jej psa na długie spacery i zabierał ją na wyjazdy do lasu i już jechała windą na trzecie piętro do swojego apartamentu.

* * *
Była 6, leżał w jasno pomarańczowej pościeli i przez całą noc nie zmrużył oka. Słyszał w głowie jej głos i opracowywał plan na spotkanie gdyby jednak się zgodziła. Nie wiedział jeszcze, że spotkanie będzie bardziej zaskakujące niż mógłby się tego spodziewać.